Kategorie

środa, 9 lipca 2014

Konfitura jagodowa z wanilią i dylematy moralne

Jagód kamczackich już nie ma w naszym ogródku, jednak konfiturę można zrobić z tradycyjnych jagód, które znajdziemy w lesie, albo kupimy na targu. Jagody kamczackie od tych zwykłych różnią się kształtem, są jajowate, czasem wyglądają jak kropelki i są zdecydowanie bardziej kwaśne. Jeśli robicie tę konfiturę ze zwykłych jagód, dodajcie o połowę mniej ksylitolu. :)

Konfitura jagodowa z wanilią


Składniki:
(na 3 duuuże słoiki)
  • 700 g jagód kamczackich lub zwykłych
  • szklanka ksylitolu (w przypadku słodkich owoców - pół szklanki)
  • szklanka wody
  • 1,5 łyżki pektyny zmieszanej z łyżką ksylitolu
  • sok z połowy cytryny
  • laska wanilii




Do roboty!

Jagody zasypujemy ksylitolem, odstawiamy. Po ok. godzinie wrzucamy do garnka, dodajemy wodę, sok z cytryny, ziarenka z laski wanilii i pozostałości po niej (strączki oskubane z ziarenek), gotujemy. Po ok 30 minutach, kiedy część wody odparuje, a owoce się rozpadną, dodajemy pektynę zmieszaną z ksylitolem. Jeszcze chwilę smażymy, po czym wyciągamy laskę wanilii, a gorącą konfiturę przekładamy do wyparzonych słoików, które następnie odwracamy do góry dnem do wystudzenia. Smacznego!



A teraz czas na dylematy moralne ;) Musze przyznać, ze zawsze żenowały mnie takie prywatne wstawki na blogach z tematyka jedzeniową. Wiem, że każdy ma prawo wrzucać na swojego bloga co mu się żywnie podoba, ale wychodzę z założenia, że albo rybki, albo akwarium. Jeśli strona ma być kulinarna, to mają na niej być rzeczy związane z jedzeniem. No, ale moje dylematy są po części związane z tematyką bloga, bo jeśli jestem wegetarianką, to jednak los zwierząt nie jest mi obcy. Zresztą wegetarianizm to nie tylko pożegnanie z kotletem, więc mój wpis nie jest aż tak bardzo nie na temat. ;) Do rzeczy! W sobotę złamałam swoje zasady. W imię zorganizowania dziecku (no i nam przy okazji też) rozrywki? Atrakcji? Fajnego dnia? Sama nie wiem, ponieważ tego typu zabawy zawsze były dla mnie poniżej krytyki. No bo przecież, jak można z własnej nieprzymuszonej woli (i do tego z uśmiechem na ustach!) pojechać do zoo i oglądać zwierzęta w klatkach? Przecież to jest nieludzkie (albo własnie "ludzkie", w jak najbardziej negatywnym tego słowa znaczeniu). No, a my pojechaliśmy. Co prawda nie do zoo, ale do mini zoo, które znajduje się we wsi, niedaleko miasta w którym mieszkamy. Nikt nie zaciągał mnie tam siłą, pojechałam bo chciałam. Co więcej, jakiś czas temu byłam tam z ciocią. Wzbraniałam się wtedy jak mogłam, ale w rezultacie po jej wszystkich "ochach" i "achach" stwierdziłam, że chociaż zobaczę jak to wygląda, przynajmniej Małecka będzie miała miłą odmianę. Zdecydowałam się dlatego, że to mini zoo ma jedna rodzina, znajduje się ono na ich podwórku (!), psy, koty, kury, gęsi, kaczki biegają tam wolno. W stajniach są konie, na wybiegach kozy. Obiekt znajduje się w środku lasu. Niby nic złego. Jednak kawałek dalej znajdują się klatki z ptakami, małpami i kangurami oraz wybiegi dla jaków, saren, wielbłądów, strusi i lam. Klatki i wybiegi są co prawda duże, zwierzęta mają dobrą opiekę, ale jednak niesmak pozostaje. Bo konie i kozy to jedno, a wielbłądy i małpy to drugie. Nie wyobrażam sobie jechać do typowego zoo, gdzie w 40 stopniowym upale ledwo zipią niedźwiedzie polarne, a małpy są w tak ciasnych klatkach, że nie są w stanie spokojnie podrapać się po tyłku. Tego typu "atrakcjom" mówię stanowcze nie. Rozumiem, że wiele zwierząt jest zagrożonych, trzeba pomóc im przedłużyć gatunek, ale jestem pewna, że są inne metody, nie trzeba nikogo zamykać w ciasnej klatce i wystawiać ku uciesze tłumu. Dlatego głupio mi, że tym razem to ja byłam tym tłumem. I oprócz kilku kwestii takich jak klatki i zwierzęta nie pochodzące z Polski (brzmię jak zwierzęcy naziol ;) to muszę przyznać, że mis ie tam podobało. Nawet karmiłam jaki! Jeju, jakie one są słodkie! Przecudowne! Wielkie, owłosione cielaki. Małecka była zachwycona, ja zresztą też (Lubemu tez się chyba podobało ;) mimo, że zwierzęta nie były na wolności, tylko na wybiegu. Jak widać na zdjęciach wybiegi są spore, ludzie którzy się tym zajmują są przekochani, wrzeszczących tłumów nie ma, zwierzęta są najedzone, nie boją się. Szkoda tylko, że jest tam kilka egzotycznych zwierząt, dla których nasz klimat nie jest wymarzonym, nie są tez przystosowane do życia w klatkach. Dobre warunki są istotne, jednak nic nie równa się z naturalnym środowiskiem, którego tutaj nikt nie jest w stanie im zapewnić. To jest duży minus tego miejsca. Nie mniej jednak szczerze podziwiam właścicielkę, która ma gromadkę swoich dzieci, a do tego ogarnia tyle zwierzaków! Na dwóch klatkach widniała informacja, że zwierzęta pochodzą z interwencji. Widać, że Ci ludzie naprawdę kochają tych kudłaczy. Ale skoro kochają to czemu trzymają w klatkach? A Wy jak uważacie, tego typu rodzinne mini zoo to coś złego? Chodzicie z dziećmi do takich miejsc? Co myślicie o hodowaniu egzotycznych zwierząt w naszym polskim klimacie?

Zakochałam się w nim, wygląda jak skandynawski metalowiec <3

Już ostatnio chwaliłam się Wam, ze karmiłam jaka ;)




Sarna jedząca kapustę nas zahipnotyzowała ;)






Słodkie jagodowe lato

2 komentarze:

  1. Bardzo ciekawy wpis. :)))

    Pozdrawiam

    nutkaciszy.blogspot.com
    truskawkowa-fiesta.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Sposób na lato w słoiczku :)
    Przepis dodaję do akcji
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń